Tylko nie mów nikomu…

Jest sobie pewna osóbka. Osóbka ma problem z utrzymywaniem tajemnicy i niejednokrotnie rozpowiada informację gronu osób, każdą z osobna prosząc, by nic nikomu nie mówiła. Grono zna się dobrze, rozmawia ze sobą tyle, że czasem już tematów brak, większych tajemnic przed sobą nie ma – nic więc dziwnego, że nie raz nie dwa wydało się, że wszyscy trzymają tą samą tajemnicę. W związku z powyższym grono zaczęło traktować tytułową prośbę z lekkim przymrużeniem oka i nie męczy się i nie dręczy, a dyplomatycznie sprawdza, jaki krąg zatoczyła informacja tym razem, po czym uśmiecha się pobłażliwie :) Osóbka natomiast pełna powagi to wtajemnicza grono w kolejne informacje, to “strzela” fochy, że tajemnice nie zostały dochowane. I gdyby to nie było takie denerwujące – to byłoby nawet zabawne.

Swoją drogą niektórzy ludzie mają przesadne tendencje do robienia tajemnicy z WSZYSTKIEGO :)

Pracowe przemyślenia

“Proszę Pani, a czemu ja nie jestem w pokoju z moją koleżanką? Proszę Pani, a czemu u mnie w pokoju jest tak ciemno? A proszę Pani ja potrzebuję kocyka/ekstra kołderki/dodatkowej lampki/ krzesełka/ wieszaczka… Proszę Pani, a czemu tu nie ma gdzie spacerować? Proszę Pani, a tej soli nie widać jak solę!”

…czyli każda grupa wiekowa i zawodowa ma swoją specyfikę, ale jeśli ktoś mnie spyta czy wolę mieć hotel pełny robotników, dzieci, weselników, muzyków, aktorów teatralnych, sportowców czy seniorów na wakacjach – odpowiem, że raczej nie tych ostatnich :)

W związku z przeobrażeniem się okolicy w czarowny Winter Wonderland definitywnie przerzucam się na broń cięższego kalibru – czarną herbatę :) Wszystkie wynalazki smakowe, z acai, mangostanu i innych dziwnie brzmiących owocków są oczywiście smaczne i używam ich nader chętnie, ale gdy przyjdzie mróz, śnieg i zawierucha nie ma nic lepszego i nic bardziej rozgrzewającego niż najzwyklejsza czarna herbata. Porządnie osłodzona i z cytrynką.

Oczywiście najlepiej herbatkę rozgrzewającą pić w domu, na kanapie lub ulubionym fotelu, przy kominku lub pod kocem… Może to jest chyba częścią rozgrzewającej mocy herbaty :) – skojarzenia, które przychodzą do głowy, gdy ją pijemy :) nawet jeśli kanapa, kocyk i cała reszta nie są nam w danej chwili dostępne??? :)

zdjęcie zapożyczone/photo from: click

Muffiny – debiut :)

Kuchennego szaleństwa ciąg dalszy. Tym razem zmierzyłam się z muffinami, które zawsze mnie trochę przerażały, a okazały się całkiem proste i przyjemne w produkcji. Na pewno jeszcze będę z nimi eksperymentować. Na pierwszy raz wybrałam przepis znaleziony u Sistermoon – klik.

Listy do M.

Polska komedia romantyczna – to pojęcie nie zawsze pociąga za sobą korzystne skojarzenia. Od czasów “Nigdy w życiu” kolejni twórcy próbują z lepszym lub gorszym [częściej] skutkiem chwycić Polaków za serce. Sceptycznie nastawiona wybrałam się do kina na “Listy do M.” i zostałam pozytywnie zaskoczona, bo to film lekki, dowcipny, lekko nostalgiczny – bardzo przyjemny do oglądania. Każda postać warta jest zainteresowania, a każdy jej odtwórca – poza Romą Gąsiorowską, która nie dość, że moim zdaniem nie pasowała do granej przez siebie roli, to jeszcze była nienaturalna i najwyraźniej ma problemy z wymową – popisał się bardzo dobrą grą. Mi szczególnie przypadł do gustu Maciej Stuhr, którego głos każdego potrafi wprowadzić w świąteczny nastrój.

W “Listach do M.” jest wszystko, co w komedii na Boże Narodzenie powinno się znaleźć. Jest magia, miłość, odrobina zadumy i humoru, dzieci, zwierzątka, niezapowiedziani goście…. Dlatego warto ten film obejrzeć, by wprowadzić się w świąteczny nastrój.

Przedświątecznie

Święta zbliżają się wielkimi krokami. Jak co roku próbuję odtworzyć ich niezapomnianą atmosferę czynnościami, które kiedyś sprawiały tyle radości – pakowaniem prezentów, słuchaniem świątecznych piosenek i kolęd, oglądaniem znanych na pamięć filmów… ale niestety to się nie udaje. Święta nie są takie same jak wtedy, kiedy było się dzieckiem. Wtedy nie było żadnych dystrakcji – można było poświęcić się tylko świętowaniu. Ktoś inny rozdawał zadania, brał na siebie odpowiedzialność – jakimś cudem nawet przedświąteczne sprzątanie i stanie w kolejkach miało swoją magię.

Może próba odtworzenia tamtego nastroju to błąd? Może w dorosłym życiu trzeba zbudować magię świąt dla siebie od nowa? Ustalić własne tradycje, rytuały…

Uwielbiam rytuały. Czynności, które przynoszą spokój i ukojenie, dzięki którym dom jest wszędzie tam, gdzie ja, a nie jest przypisany do konkretnych czterech ścian. Które pozwalają radzić sobie bez problemu ze stresem, zmęczeniem i każdą negatywną emocją. Ciepła herbatką, koc i laptop po przyjściu z nocki, ulubiona wu-zetka po szczególnie męczącym dniu, małe rzeczy, które cieszą.

Pulpeciki

UWAGA DUŻO MASŁA :) :)

Kolejna potrawa bez przepisu, chociaż niewątpliwie łatwiejsza w wykonaniu i trudniejsza do zepsucia niż sernik – na dzisiejszy obiad, na który zaprosiłam tatę i siostrę – podałam klopsiki [kiedyś symbol jedzenia z niższych klas dziś natychmiastowe skojarzenie z Ikeą :)] z żurawiną i ryżem. Nie miałam dużo czasu, więc zrezygnowałam z pieczonych ziemniaków i konfitury z cebuli, które pierwotnie miałam w planach, ale na pewno kiedyś zrobię to danie w tej wersji.

Pulpeciki powstały z mięsa wołowo-wieprzowego, jajka, mąki, bułki tartej oraz drobno posiekanej i podsmażonej na masełku cebulki. Wlałam do tego trochę wody, oraz mieszankę roztopionego na delikatnym ogniu masła, miodu, sosu sojowego, czerwonego mojo, imbiru w proszku. Doprawiłam solą, wrzuciłam drobniutko skrojony plasterek sera żółtego [w wersji z sosem pomidorowym używam parmezanu, ale tu wystarczył moim zdaniem zwykły słodki ser]. Z masy robiłam pulpeciki o średnicy maks. 2 centymetry i podsmażałam je na maśle.

Po podsmażeniu wszystkich pulpetów na patelnię wlałam wodę z mąką [na pewno bulion lepiej by się nadał, ale ani mięsa na bulion, ani bulionu, ani nawet kostki rosołowej u mnie w domu się nie znajdzie], którą doprawiłam solą, imbirem, pieprzem cayenne i curry. Wrzuciłam do tego pulpety i gotowałam je jeszcze przez parę minut przed podaniem.

Ryż do pulpetów przygotowałam z masłem i imbirem.

zdjęcie wykonane na porcji odgrzewanej – zaraz po przygotowaniu pulpety wyglądały dużo lepiej :P sos tez :P

O wannie

Są dni, w których brakuje mi wanny bardziej niż zazwyczaj. Dni takie jak dzisiaj, kiedy obserwuję, jak mój własny pomysł – wypieszczony w wyobraźni, co do którego miałam duże nadzieje – staje się niewypałem. A mój organizm kiepsko znosi porażki. Niby nic – nie przejmuję się, a jak już jest po wszystkim siada mi każdy obwód. No i na wyciągnięcie się z takiego stanu wanna jest bardzo dobra, choć kojący szum prysznica też ma swoje zalety :)

Kuchenny wpis :)

czyli jak upiec sernik, kiedy do każdego przepisu brakuje nam składników??? Upiec bez przepisu :) Oczywiście pomysł wydaje się lekko ryzykowny, gdy twórca dzieła z pieczeniem niewiele miał jak do tej pory wspólnego. Ot, raz ciasto z kartonika, raz szarlotka sypana… Makowiec z garnka pod kuratelą i dyktandem cioci też się zdarzył… Ale naprawdę nic – co by usprawiedliwiało taką zuchwałość :)

Pech chciał, że wyszło dobre – a przepisu jak nie było, tak nie ma, bo proces twórczy był nieco chaotyczny. Odtwarzanie nie będzie takie łatwe :) Zobaczmy czy chociaż skład sobie zapamiętałam, bo ilości na pewno nie :)

Na spód poszło ciasto z masła, mąki, mleka, miodu i brązowego cukru – z kostki masła ciasta wyszło na niegruby spód [mała prostokątna blacha] i blaszkę ciasteczek :)

Dalej, znalazła się warstwa orzechów włoskich, drobno pokrojonych, smażonych w rondlu z mlekiem, miodem, brązowym cukrem i odrobiną masła.

Do masy serowej wykorzystałam 1,25kg sera [to wiem :)], 5 jajek, 2,5 czubatej łyżki mąki pszennej, cukier z wanilią, 100g drobnego białego cukru.

Każdą warstwę podlałam arancello :D

:)?:(?!!?? :P

Nic nie wiem :) co niejako sugeruje tytuł niniejszej notki. Rano w drodze do pracy owiewał mnie cieplutki wiaterek [kurtkę jesienną można było spokojnie porozpinać], teraz w okna wali grad – z czego wnioskuję, że ani ciepło, ani przyjemnie już nie jest. Grudzień trwa w najlepsze, jutro Mikołaja, a tu śniegu ni widu, wręcz przeciwnie… Nawet nad biurkiem bożonarodzeniowa gwiazdka przyklejona obok słonecznych pozdrowień z Majorki. Tak by się miało ochotę na świąteczną włóczęgę po sklepach i nastrój taki kocowo-herbaciano-książkowy, ale się normalnie nie da. Różne roślinki w ogródkach otumanione próbują puszczać pąki, a w człowieku taka gula nienaturalnej o tej porze energii… Świat się kończy :P

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.